Jestem wiedźmą. Logicznym i naturalnym wydaje się tedy, że jestem zła do szpiku kości i jedynym moim celem w życiu jest rytualne poświęcenie cię szatanowi, podpalenie twojego domu, zjedzenie twoich dzieci na kolację, a psa na deser. No, cóż. NIE POCHLEBIAJ SOBIE.
poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Poznałam Go po raz drugi.
To znaczy znałam go już od jakichś dwudziestu kilku lat - jest bratem mojej Żony, ma trójkę dzieci, które znam i lubię, (jego najstarszy syn przyjaźni się z Nieletnią), jest po rozwodzie i od półtora roku jest trzeźwym alkoholikiem.
Że niby tutaj ten zez? Nie, nie. To byłoby zbyt proste.
Wtedy poznaliśmy się na imprezie, tej samej, na której zaprzyjaźniłam się z Żoną. Patrzyłam urzeczona, jak tańczyli razem - brat i siostra - w pełnym porozumieniu, z czułością, roześmiani. Żona zawsze mówiła, że jest jej najlepszym przyjacielem. Wtedy.
Piękny, czarujący, pociągający; choć trochę niższy ode mnie i specyficznej, bardziej łobuzerskiej urody, niż tej, do której przyzwyczaiły nas tabloidy, sprawiał, że trudno było oderwać od niego wzrok. Ale wszystko to pikuś. Bo Jego siła tkwiła w uśmiechu. Takim oszczędnym, kącikiem ust, szelmowskim. Po takim uśmiechu, okraszonym kilkoma słowami, dokładnie takimi, jakie każda kobieta chciałaby usłyszeć, z wnętrzności robiła się galaretka i trudno było ustać o własnych siłach. Taki egzemplarz. Nic więc dziwnego, że nigdy nie widywałam Go samego, dziewczyny lgnęły do Niego, jak pszczoły do miodu, a Jemu, rzecz jasna, nie sprawiało to przykrości.
"Fajny ten twój brat" - powiedziałam kiedyś do Żony, popijając piwo i zerkając w Jego stronę znad jej ramienia. "Zapomnij" - wzruszyła ramionami - "Zadepczą cię". Roześmiałam się szczerze. Fakt, nie lubię tłoku, a że wtedy sama nie narzekałam na brak powodzenia, ta krótka wymiana zdań sprawiła, że przestał dla mnie istnieć jako obiekt westchnień i stał się obiektem aseksualnym, "bratem mojej Żony".
Dwadzieścia kilka lat nieustającej przyjaźni z Żoną siłą rzeczy zawierało w sobie mniej-więcej bieżące fakty z Jego życia, choć bardziej dotyczyły Jego dzieci i ich perypetii. Nigdy nie stronił od kieliszka, ale z czasem do tego ograniczyło się Jego funkcjonowanie. Do picia. Z - niemal fircykowatego - nienagannie ubranego, pachnącego i eleganckiego chłopaka stał się żulom podobnym straceńcem. Stracił wszystko. Dopiero jakieś dwa lata wstecz dojrzał do poszukania pomocy. I - jak na razie - dobrze mu idzie. Oczywiście, że jest to skrót myślowy - co dzieje się w Jego głowie wie tylko On sam. A z pewnością nie dzieje się mało. W ramach terapii zaczął rysować. Pięknie rysować, dodajmy, choć nigdy wcześniej tego nie robił. Żona pokazała mi kilka Jego rysunków. Sama chciałabym tak umieć, uwierzcie mi, choć nie jestem wcale taka ostatnia w te klocki.

W połowie lipca Żona wyszła za mąż. Już wcześniej wiedziałam, że będę na weselu i próbowałam znaleźć sobie jakieś męskie towarzystwo - nie ze względów obyczajowych, ale dlatego, że uwielbiam tańczyć i żal było mi przeoczyć taką okazję. Niestety - nie udało się i poszłam z Nieletnią, która Żonę, zwaną przez siebie "drugą matką", uwielbia i bardzo chciała na to wesele pójść.
Wesele było wspaniałe i zupełnie nietypowe, ponieważ zorganizowane w formie grillo-ogniska, na świeżym powietrzu przy wspaniałej pogodzie. Pierwsza część upłynęła mi na odnawianiu starych i zawieraniu nowych znajomości, bawiłam się naprawdę dobrze, chwilami zupełnie zapominając o swoich kłopotach i samotności, która ostatnio bardzo dawała mi się we znaki.
W pewnej chwili Żona przyprowadziła do mnie roztrzęsionego mężczyznę, w którym, widząc go wcześniej, nie rozpoznałam Go. Starszy o te lata, poważny, poznaczony przejściami, alkoholem i z obciętymi bardzo krótko włosami odbiegał od tego, którego pamiętałam. Żona rzuciła zahaczkę w postaci: "pokaż jej swoje rysunki, zawsze chciała je zobaczyć" i zostawiła nas, lecąc do swoich "gospodyńskich" obowiązków. Tak się zaczęło. Rzeczywiście, byłam żywo zainteresowana Jego pracami, ponieważ, jak wiecie, sama dużo "dziergam" i ciągle brakuje mi spotkań z ludźmi "po pasji", rozmów, wymiany doświadczeń. Spędziliśmy tak - zupełnie naturalnie pogrążeni w rozmowie - resztę wesela. Zatańczyliśmy. Kiedy odpoczywałam, półleżąc na krześle przy ognisku, z głową przechyloną do góry i zamkniętymi oczami, pocałował mnie delikatnie. "Już dawno chciałem to zrobić". Była to dla mnie chwila o tyle piękniejsza od innych, podobnych, że nadeszła zupełnie niespodziewanie, niemal bez mojego udziału. I sprawiła mi ogromną przyjemność. I nagle "brat mojej Żony" stał się na powrót mężczyzną. Bardzo atrakcyjnym, realnym i...męskim. Z tym samym, szelmowsko-kpiącym uśmiechem.

Następnego dnia po weselu miał wracać do siebie, do Niemiec, gdzie teraz mieszka i pracuje. Został niemal dwa tygodnie. Kiedy zapytałam Żony, czy nie ma nic przeciwko takiemu rozwojowi sytuacji, powiedziała: "Jesteście dorośli. Wiesz, na co się piszesz, więc żeby potem nie było wypłakiwania się w kołnierz. A jeśli przez niego nie będziesz miała dla mnie czasu, to cię znajdę i osobiście zabiję". I jeszcze: "Wiesz, jaki on jest. To babiarz. Nie wiem, jak on to robi, ale one same się pod nim kładą". Cóż, może mało elegancko, ale za to szczerze i treściwie.
Nie będę opisywać tych dwóch tygodni. Nie wierzyłam w swoje szczęście i być może dlatego nie potrafiłam go w pełni przeżyć. Byłam pewna, ze jestem "na chwilę", tak "pod ręką", rozrywkowo - ale chciałam z tego korzystać. Za bardzo chciałam chyba. Kiedy mówił, że mnie kocha, chciał wynająć dla nas mieszkanie, kupować mi lepszy telefon, żebym miała dostęp do netu i rozmów z nim w każdej chwili - śmiałam się i kazałam ściągnąć cugle. Ale był Ten uśmiech, Te słowa, To spojrzenie. Było owo specyficzne poczucie humoru, muzyka, upodobania i wspólne rysowanie na skrawku papieru w trakcie rozmowy...

Nie jesteśmy już "razem". W cudzysłowie, bo nawet nie wiem, czy choć przez chwilę byliśmy razem, czy tylko bardzo blisko obok. Nie ma znaczenia, kto zawinił i czy rzeczywiście aż tak bardzo.

Dlaczego o tym piszę? Przecież to nie pierwszy i nie ostatni raz, prawda?

Bo zapadł. Tak cholernie zapadł we mnie. Siląc się na dowcip mogę napisać, że odpowiadało mi w Nim wszystko, poza tym, że Jemu odpowiadał widocznie ktoś inny. Nie wiem tego. Być może nic się nie wydarzyło, być może to mój strach, wywołany doświadczeniami, zmusił mnie do zbyt gwałtownej reakcji. A może intuicja po raz kolejny rzeczywiście nie zawiodła i lepiej, że tak się stało. Nie wiem. I pewnie już się nie dowiem. Czy chcę wiedzieć? Jeśli ma zostać, jak jest, to nie. A drugiego "jeśli" nie ma.

Czułość. Bliskość. Porozumienie, psychiczne i fizyczne. Słodycz i spokój, które, jak masło, spływały po moim udręczonym sercu. To, że jest bratem Żony, że w sumie znam i lubię całą Jego rodzinę, ponoć z wzajemnością. Ta sama pasja, te same upodobania, ten sam dowcip. Niby te same poglądy i spojrzenie na życie i związek. Bo tego nie jestem już pewna.

Tak naprawdę, to jest mi obojętne, czy rzeczywiście miało być wyjątkowo, czy też złapałam się na ten sam lep, co wszystkie inne. Być może rzeczywiście i ja jestem głupiutką gąska, łatwą do zmanipulowania, choć - o ile wiedziałam dotąd - to bzdura. Nie wiem. Nic nie wiem.
Poza tym, że Go kocham. Tak sobie, w kąciku, na spokojnie.
I tęsknię. Mniej spokojnie, ale też w kącie.

Spokojnie, nie będę się ciąć. Jestem na to za mądra.
Albo za głupia, sama nie wiem.

14:02, viridianathewitch , OSOBIŚCIE
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 113
O autorze

Napisz do mnie